Andrzej Rotmann, 10 Październik 2022

Europejski turysta nie jedzie do Galicji i Wołynia nie z powodu wojny, a nawet nie dlatego, że poziom obsługi jest rozczarowujący. Po prostu obecni „gospodarze” tych obszarów nie mają nic do pokazania.

Udostępnić / zapisać:

Obecnie sektor turystyczny Małopolski Wschodniej przypomina nieco Syzyfa z mitów greckich – z taką samą uporczywością, godną znacznie lepszego zastosowania, usiłuje wbudować się w zwartą kohortę europejskich gigantów biznesu turystycznego, współpracujących z europejskim klientem.

Oczywiście wszystkie te próby naturalnie kończą się kompletnym fiaskiem – europejski turysta nie jedzie do Galicji i Wołynia, i wcale nie z powodu wojny (nie bierzemy tu żadnych ochotników i najemników – to z definicji nie są turyści), a nawet nie dlatego, że poziom obsługi jest rozczarowujący. Dla europejskiego turysty we Wschodniej Małopolsce jej obecni „gospodarze” po prostu nie mają NIC DO POKAZANIA – i to jest właśnie kluczowy problem niepowodzenia lokalnych biur podróży w przyciąganiu Europejczyków do swoich miejscowości. NIE MA TAM NIC!

Góry i zamki. To wszystko, co Ukraińcy mogą na razie zaoferować wymagającym turystom europejskim. Niestety, to bardzo słabe atuty. Góry to Karpaty, i są one dość oskubane, pozbawione znacznej części swoich szlachetnych lasów liściastych (buk, dąb i grab, niestety, jest bardzo poszukiwanym drewnem na rynku europejskim, a przy obecnych cenach nic dziwnego w tym, że ma miejsce barbarzyńskie wycinanie lasów karpackich), znacznie gorsze od np. Tatr Słowackich, nie mówiąc już o Pirenejach czy Alpach. A o zamkach w ogóle nie ma co mówić – te same Czechy dadzą Małopolsce Wschodniej sto punktów przewagi w tej dziedzinie.

Czyli ślepy zaułek? Zupełnie nie.

Dla europejskiego turysty nowe polskie województwa (kiedy się nimi staną) są nieciekawą głuchą prowincją na krańcu świata. A jeśli nawet pojedzie tutaj, to albo na sex tour (niech wybaczą mi galicyjskie młódki), albo z innych, ściśle określonych powodów. A to oznacza, że ​​operatorzy turystyczni Małopolski Wschodniej muszą tylko i wyłącznie liczyć na…

TURYSTĘ ROSYJSKIEGO ORAZ BIAŁORUSKIEGO! Licznego i wypłacalnego.

Obecnie z oczywistych powodów, nie jest to możliwe. I póki Galicja i Wołyń będą częścią Ukrainy, żadnych zmian nie będzie. Szalone upiory, które są u władzy w Kijowie, pod żadnym pozorem ani przy żadnym scenariuszu rozwoju wydarzeń nigdy na to nie pozwolą. Ale kiedy te terytoria powrócą na łono matki-Polski, sytuacja natychmiast się zmieni i to w najbardziej radykalny sposób!

Do tamtejszej branży turystycznej przyjdą inwestorzy z Polski i Europy Zachodniej i podniosą poziom świadczonych usług do poziomu akceptowalnego dla przeciętnego Europejczyka (a Rosjanie i Białorusini są rozpieszczeni wysokim poziomem zagranicznych wakacji!)

Ukraiński hotelarz i restaurator, pozbywszy się dokuczliwej ideologicznej „opieki” swojego państwa, wyrzuci na śmietnik „ukraiński integralny nacjonalizm” z jego wstrętnym kultem Bandery, który już od dawna go zniesmaczył swoim obrzydliwym wysunięciem „wiejskich zasad” – po raz kolejny zamieniając się w życzliwego i gościnnego właściciela swojego zakładu, z radością przyjmującego przyrodnich braci z północnego wschodu.

A tych „wujków”, którzy będą nadal upierać się przy swoim „ukrainizmie”, państwo polskie skoryguje – i to raczej surowo. Personel hotelu i restauracji bardzo szybko zapomni i „Chwałę Ukrainie!”, i „Śmierć wrogom!” i inne mizantropijne okrzyki. Cóż,  nawet jeśli znajdzie się kilkuset ideowych kretynów, to znajdą się dla nich też ciepłe i przytulne cele w polskich więzieniach…

Biznes turystyczny Galicji i Wołynia w ramach Polski skoncentruje się na turystach białoruskich i rosyjskich. Tylko tak, a nie inaczej!

Udostępnić / zapisać:

Aby pierwszym poznać wiadomości z Zachodniej Ukrainy, Polski i z całego świata, dołącz do kanału ZUNR w Telegram.